Witajcie, kochani.
To znowu ja - Szistti.
Ostatnio nie miałam zbyt dużo czasu by udzielać się na blogu. Wybaczcie! Teraz jednak tu jestem i nie przyszłam z niczym. Pracowałam dla was nad drobnym one-shotem. W sumie starałam się, by się wam spodobał, ale nie jestem pewna, czy go zaakceptujecie. Z drobnej ankiety w której braliście udział (i nadal można głosować) wynika, iż lubicie wątki shounen-ai.
(tekst jest na szaro, bo uważam, że tak może wam się przyjemniej czytać. ^^)
(Tytuł wymyślony przez Zajcika. Podziękowania i dedyk dla niej! <3)
Pocałunek śmierci
Białowłosy zerkał na półżywego
chłopaka z pogardą i triumfem w oczach. Jego obcas od trepów bardzo mocno
wbijał się w mostek blondyna, który już nawet przestał się skupiać na słowach
swojego oprawcy, ponieważ dla niego zaczął istnieć już tylko ból i chęć złapania
życia za wszelką cenę.
- …Ohh! A
pamiętasz jak się poznaliśmy? –drążył napastnik. –Byłem słaby, więc mnie
przygarnąłeś. Teraz przez to zdychasz u moich stóp.
- Wierz…yłem
w twoje małe państewko. –to była drwiąca uwaga, przez co blondyn został kopnięty
w twarz z metalowego czuba. Mało co nie straciłby przytomności, ale dzięki temu
nie czuł już oporu na klatce piersiowej i mógł swobodnie oddychać.
- Zamknij
się. Nie pozwoliłem ci gadać. -warknął białowłosy. –W każdym razie może i
dałbym ci przeżyć, gdybyś… -uciął, jakby czekając na jakąś reakcję ze strony
swojej ofiary, lecz tamten się nie odezwał. -W sumie jak tak pomyślę, to nie…
Tak jest lepiej. –rozmyślił się. Przez jego ciągłe zmiany zdania blondyn zaczął
tracić sens wypowiedzi. -Chociaż wciąż nie mogę zdzierżyć tego wiecznie
trzęsącego portkami kurdupla.
W oczach półżywego chłopaka
pojawił się płomień i najchętniej potrząsnąłby tym białowłosym dupkiem, za
obrażanie jego ukochanego.
- Nie obrażaj,
Toriego. –blondyn przekręcił się plecami w górę, chcąc wstać, lecz poczuł
kolejne uderzenie, tym razem w brzuch, przez co został wyrzucony do góry i po
raz kolejny splunął krwią.
- Morda
mówię! –Prusy wrzasnął mu do ucha podnosząc za włosy i cisnął o ziemię ciałem
byłego przyjaciela.
Nie. Przyjaciel to złe słowo. Od
jakiegoś czasu czuł, że Polska nie jest tylko przyjacielem. Jest kimś
ważniejszym. Właśnie dlatego był tak zły i zazdrosny o „słodkiego Toriego”.
Feliks zawsze, odkąd tylko go zobaczył wolał tego brązowowłosego kretyna –
Litwę, ale skoro Polska nie chciał zmienić zdania i odrzucił Gilberta, to czemu
ktokolwiek inny ma go mieć? Jeśli nie będzie jego, to nie będzie niczyj.
Teraz Łukasiewicz patrzył na niego z zaciętością i szczerą nienawiścią
w oczach.
W tym całym idealnym Feliksie nienawidził dwóch cech. Jedną była ta
wieczna zawziętość i fakt, że nigdy nie dało mu się przetłumaczyć (jak na
przykład porzucenie Litwy), a drugą był jego piękny i zawsze szczery wzrok.
Blondyn był zbyt prostolinijny,
by mógł coś ukrywać, a szczególnie swoje spojrzenie. Nie dość, że zawsze mówił
co chciał to jak by mu odcięli język – jego wzrok byłby dość wymowny, by to
przekazać. Teraz jego oczy pokazywały całą nadzieję, na wygranie tej nierównej
walki i tę wieczną determinację, którą Gilbert zawsze w nim podziwiał, jednak
to jeszcze mógł strawić. Najgorzej bolało go to obrzydzenie jego osobą
objawiające się w spojrzeniu Feliksa.
- I co się
tak gapisz?! To ty leżysz wykrwawiając się na śmierć. Nie myśl, że dzięki
„magicznemu spojrzeniu” zamienisz nasze role! –wykpił go, starając się nie
okazać swego zirytowania, które osiągnęło już chyba szczyt tej krwawej nocy.
-
Generalnie… Miło by było, gdybyś sam się usunął i nie musiałbym używać
„magicznego spojrzenia”… -po tej wypowiedzi, zauważył, że samo poruszanie
ustami sprawia mu nie mały wysiłek.
- W sumie
jak tak teraz mówisz… Po tych wszystkich walkach i całkowitym unicestwieniu cię,
usunięcie się z drogi jest bardzo racjonalnym pomysłem. –jego głos przybrał
ironiczny ton, gdy po raz kolejny kpił ze swojej ofiary. –Błagam cię, Feliksie!
Wiedziałem, że jesteś naiwny, ale że, aż tak?
- Popieram
zasadę – zawsze warto spróbować. Mówisz jakbyś mnie nie znał…
- Wal się.
–Prusy zacisnął zęby. -Teraz to i tak bez znaczenia, bo jedyne co możesz
zrobić, to albo siedzieć cicho, albo wbijać sobie gwoździe do trumny. –rzucił starając
się brzmieć, jak gdyby mówił to od niechcenia.
Gilbert kucnął przy Feliksie,
ale w takiej odległości, by nie taplać się w kałuży krwi dookoła blondyna. Był
wystarczająco ubrudzony, a przykre by było, gdyby nie można było sprać
czerwonej cieczy z jego ulubionej koszuli, która jak na razie nie została
„skażona”.
Białowłosy wyciągnął rękę łapiąc
włosy Łukasiewicza i bawiąc się nimi. Zupełnie nie zwracał uwagi na piorunujący
wzrok blondyna.
- Polska to
naprawdę dziwny kraj. –kontynuował swój monolog, skierowany w stronę
Łukasiewicza. -Już dawno powinieneś skapitulować, a nie doprowadzać do tak
tragicznej śmierci. –mówił łagodniejszym głosem, a chwilowo całe zirytowanie
Prus jakby wyparowało.
- „Tragiczną
śmiercią” jest kapitulacja. –wybełkotał ochrypłym głosem.
-
Zapomniałem! W końcu twój honor by na tym ucierpiał.
- Obiecałem
Toriemu, że się nie poddam. –wyjaśnił Polska z lekkim uśmiechem.
Dłoń czerwonookiego zastygła i
uśmieszek zniknął z jego twarzy. Nie dość, że śmie przy nim mówić o
znienawidzonym Litwie, to jeszcze się idiotycznie szczerzy. Białowłosy skrzywił
się znacznie, a triumf w jego oczach zmienił się na złość, która przysłoniła mu
możliwość racjonalnego myślenia.
- Ja śmiesz.
–szarpnął Feliksem. –Mówiłem ci, że masz nie mówić o tym kretynie w mojej
obecności, czyż nie? –warknął rozwścieczony.
- A bo to
raz! –Łukasiewicz zdawał się wcale nie obawiać kolejnego etapu tortur, a raczej
być na to jakby mentalnie przygotowanym, a może nawet już się z tym pogodził…
W pierwszej chwili napastnik
załamał ręce, ale w następnej nadeszła kolejna faza gniewu, przez co Polska
znów skończył z nową kolekcją siniaków na całym ciele i kolejnymi syknięciami
do kolekcji. Starał się nie krzyczeć, by nie dać Prusom tej satysfakcji.
Teraz Beilschmidt trzymał go za
włosy centymetry od swojej twarzy z nożem przytkniętym do szyi, na której tętno
nie było zbyt wyczuwalne.
- Wiesz
Feliksie, jesteś bardzo głupi. –wysyczał patrząc w jego półprzytomne oczy i
„pieszcząc” jego skórę sztyletem. –Zachowujesz się jak ostatni kretyn… -dodał
jakby od niechcenia, tylko po to by dookoła nie zapanowała głucha cisza, która
w gruncie rzeczy bardzo go irytowała.
Gilbert zbliżył się te ostatnie
kilka centymetrów i zatopił wargi w martwych już ustach Feliksa. To był
łapczywy i namiętny pocałunek. Był… Przepełniony pasją i całym pożądaniem
Gilberta.
Gdy odsunął od siebie Feliksa, po prostu puścił ciało, które bezwładnie
opadło na twardą, kamienną posadzkę.
Białowłosy wstał, otrzepał swoje
ubrania z kurzu. Nie pofatygował się nawet zamknąć martwych powiek blondyna. Wychodząc
Gilberta gryzła tylko jedna rzecz, a mianowicie - przez tego kretyna musi
wyrzucić swoją ulubioną koszulę!
I jak wrażenia? Mam nadzieję, że pozytywne. Miłość co prawda psychiczna oraz zepsuta, ale zawsze jakaś... I tak na zawsze będzie mi żal Gilbercika. <3
Może następnym razem. Napiszę coś... Weselszego? W sumie nie wiem, czy dam radę.
Mój nastrój ostatnio nie jest tak różowy jak czcionka, którą piszę. xD
Ale, tam! Kiedyś mi przejdzie, nie? ;33
Dobra! Proszę o ocenianie i zostawianie komentarzy, zaglądanie do bloga i inne takie sprawy.
Serdeczne podziękowania dla Elay, która pomagała mi w korekcie tekstu. ^^
Szistti. <3